venerdì 6 ottobre 2017

Huragan Ksawery.

No i dotarł! Orkan czy jak kto woli huragan Ksawery. Zaczęło się tak niewinnie, nieco deszczu, ciut chłodniej a potem wiatr... najpierw taki niegroźny, a potem zaczął skręcać drzewa we wszystkie kierunki. Patrzyłam na dwa olbrzymie orzechy jak bardzo się przytulały do siebie i myślałam by wiatr ich nie wyrwał z korzeniami, bo wówcza byłby kłopot i to spory. Wszystko dookoła huczało, liście spadały niczym  późną jesienią i sporo ich. Nie potrafiłam „wyłowić” mego kota z podwórza, był przerażony spadającymi orzechami, silnymi porywami wiatru, wyciem syreny strażackiej niemal bez przerwy.... i nagle zapadła ciemność! Nie było światła, cała wieś zanurzyła się w ciemnościach i tylko błysk przejeżdżających samochodów uświadamiał, że gdzieś są jednak ludzie... światła samochodu strażackiego, który wjeżdżał do remizy, by za chwilę ponownie z niej wyjechać. Cóż, z mamą zapaliłyśmy świeczki i czekałyśmy co dalej... świszczenie i szum wiatru nie ustawał, strach było wyścibić nos poza drzwi, bo i te utrzymać wcale nie było łatwo. W kominach hulał wiatr, w szyby tłukły się spore krople deszczu... nawet komórki odmówiły posłuszeństwa; na szczęcie moja włoska wyłapywała sygnały  operatorów, którzy nieco dłużej wytrzymali tę nawałnicę. Cóż, jak nigdy poszłam spać z kurami przytulona do mego kota, przygotowana na ewentualną, nocną ewakuację.
O 6.00 moje kocisko mnie obudziło, było jeszcze ciemno, ale wstałam w nadziei, że światło już wróciło... niestety, cisza wokoło, wiatr ustał, liści wszędzie pełno, kwiaty połamane, ogród wyglądał jak pobojowisko. Cisza wszędzie; jeszcze zbyt wcześnie by zasięgnąć języka. W końcu nastał dzień; brudno, popaduje, ale strażacy już walczą. Pierwsza informacja, że cała Wielkopolska jest bez prądu... ale już jest jasno i więcej ludzi się pojawiło na ulicy. Pojechałam na cmentarz... wazony poprzewracane, kwiaty połamane, liści całe góry, jakieś połamane gałęzie i drzewa, które spadając na pomniki, praktycznie je poniszczyły... i tutaj praca wre, by usunąć to co niepotrzebne.  Gdzieś z domu poleciały dachówki, ale dach pozostał tam gdzie jego miejsce.
Smutno... spytałam mamy jak kiedyś się żyło bez tej całej nowoczesności, bez światła, bez telefonów, bez internetu.  Wcale nie było tak źle, przychodzili sąsiedzi, dużo rozmawiali, urządzali potańcówki i wiejscy grajkowie za ćwiartkę grali do białego rana; czasem chłopacy się pobili ale nikt z tym do sądu nie pędził... zimą robili sobie sztuczne lodowiska, wbijali jakiś pal z drewnianym kołem, ktoś je kręcił i cała wieś się bawiła, czy to młodzi czy już bardziej dorośli. No a jak sąsiedzi przychodzili, to trzeby było ich czymś poczęstować – tak przynajmniej przykazuje nasza polska gościnność. Owszem, moja babcia, gotowała zawsze duży gar ziemniaków w łupinach niby dla świnek, ale każdy z gości a było ich czasem około trzydziestu, brał takiego ziemniaka, obierał z łupin i zajadał z apetytem. Mama mówi, byliśmy biedni a tak bardzo szczęśliwi, wieczory spędzaliśmy na różnych zabawach wciągając w nie także własnych rodziców.  Nie było radia, ani telewizji, światło to były jakieś latarki czy pochodnie i było cudownie. Hmmmm, pomyślałam sobie, że w tych ciemnościach to i złodzieje mieli pole do popisu. A mama na to, że zamykali drzwi na skobelek i nigdy nic nie zginęło. Słuchałam tego niczym bajki a przecież tak było raptem ciut więcej jak pół wieku temu. I w tym momencie zapaliły się lampy w pokoju, lodówki zaczęły funkcjonować a moja mama biegiem do telewizora, bo właśnie rozpoczął się jakiś Jej ulubiony serial.  Myślę, że na dłuższą metę też już byłoby Jej ciężko żyć bez tej całej nowoczesności.
Od jutra sprzątanie po Ksawerym, oczywiście jeżeli nie będzie padać.

venerdì 29 settembre 2017

Oferty pracy! Pilne!

W tym całym politycznym grajdołku i nie tylko, takie zawody są pilnie poszukiwane. Tylko gdzie znaleźć tak wybitnych fachowców???

domenica 17 settembre 2017

Jeszcze w kraju...

Czas pędzi nieubłaganie; nie tak dawno dotarłam do kraju a już myślę, że niewiele pozostało do powrotu na swoje. Życie na dwa domy nie jest łatwym, bo będąc tutaj, myślisz co się tam dzieje i odwrotnie. Tym  razem działo się i tu w kraju a także tam, gdzie mój dom. Wiele wizyt, wiele dyskusji, sporo pracy, która jeszcze nie jest skończona, bo jak to na wsi: jednemu się więcej urodzi w ogrodzie, to się tym dzieli z tymi co mają mniej lub wcale nie mają.... i zaprawia się bez końca, bo zima długa i żal by cokolwiek się zepsuło.
Wiele rozmów na temat tego co się dzieje w kraju a dzieje się i końca nie widać. Często czytam, że to wieś tak głosowała, że rządzi kto rządzi, ale słyszę, że ta wieś ma całkiem normalne poglądy i tak do końca nie jest zachwycona tym co się w kraju odstawia. Pewnej soboty, będąc na cmentarzu, słyszę kobietę, która narzeka na wszystko co się dzieje, grupka ludzi najpierw słucha a potem dyskusja... owszem i ta pani korzysta z 500 plus, ale wolałałaby nie mieć tych pieniędzy, widząc jak ceny szybują w górę. No i zaczęli wszyscy jej wtórować i narzekać, że jest nieciekawie.
Muszę bronić ludzi ze wsi, bo widzę, że wcale nie są tacy ciemni jak czytam na niektórych stronach internetowych, oni też słuchają, też potrafią liczyć i myśleć. Owszem boją się ewentualnego napływu emigrantów, ale myślę, że propaganda już zrobiła swoje: jak dotrą do Polski, wszystkich pozabijają. Byłam pomiędzy nimi żywym przykładem, że jakoś mnie dotąd nie zabili a jest ich w Trieście sporo i nie tylko ich. Może dotarło moje stwierdzenie, że w każdym narodzie są dobrzy i źli, bo my jako Polacy też tak do końca nie jesteśmy super.... i wiedzieli o negatywnych zachowaniach niektórych naszych rodaków poza granicami Polski. Może miejsce nieodpowiednie by takie dyskusje prowadzić właśnie na cmentarzu, ale myślę, że niejeden by się w grobie przewrócił, gdyby mógł zobaczyć co się dzieje...
Na szczęcie nastał najcudowniejszy czas: czas grzybobrania. Uwielbiam ten okres, mgły, pajęczyny spowite rosą i grzybki! Sporo ich w tym roku i czasem myślę kogo więcej w lesie: czy zbieraczy, czy samych grzybów.... czy może dzików. Boję się spotkania z nimi, ale najlepiej się zbiera właśnie w miejscach gdzie one wcześniej żerowały. Niektórzy widzieli, spotkali tego zwierzaka, chowali się za drzewami, poczuli adrenalinę strachu, ale nadal chodzą do lasu.
Widzę, że nastała moda wycinania drzew nie tylko w Puszczy Białowieskiej, ale także Puszcza Lubuska komuś przeszkadza; byłam, sprawdziłam i nijak kornika nie dojrzałam. Jeden plus, że na tych wyciętych połaciach, już posadzono nowe drzewka i życzę im by zdrowo rosły.
Jak tak słucham tego wszystkiego, zaczynam się bać. Mam wrażenie, że nasz rząd powoli zaczyna mieć zatargi ze wszystkimi sąsiadami i myślę jak to się skończy dla zwykłego obywatela. Tak bardzo chcieliśmy się uwolnić spod reżimu ZSRR i wejść do Wspólnoty Europejskiej, ale ta też jest be! Doczytałam gdzieś, że pod „panowaniem” rosyjskim było nam źle, w Unii też nam źle, to gdzie nam będzie dobrze? Musimy być sami, ale czy wówczas będzie nam dobrze?